Lura

Wywiad

Ładna i zmysłowa. Urodzona w 1975, głos delikatny, a jednocześnie dojrzały i poważny. Podbija publiczność. W cudowny sposób uosabia Cabo Verde, Wyspy Zielonego Przylądka, z całą ich magią i urokiem. Jak one przyciąga, rzuca jakiś czar.

- W dzieciństwie chciałaś być tancerką, potem zostałaś instruktorem pływania, a w wieku 17 lat Juka, piosenkarz z Wysp Św. Tomasza i Książęcych zaproponował ci nagranie wspólnej płyty. To było dla ciebie ważne doświadczenie, jak to odebrałaś?

Lura: Bardzo dobrze, to było dla mnie prawdziwe odkrycie. Nigdy nie myślałam o śpiewaniu, zresztą wstydziłam się swojego niskiego tembru. Ale zaśpiewałam i spodobało mi się to, co zrobiłam. I tak się zaczęło.

- A jak to się stało, że zaczęłaś pisać piosenki? W muzycznym światku Cabo Verde niewiele kobiet komponuje…

Lura: Z konieczności. Kiedy zaproponowano mi nagranie pierwszej płyty, właściwie nikogo nie znałam, ani kompozytorów ani muzyków, którzy pisaliby specjalnie dla mnie, więc powiedziałam sobie: muszę sama napisać dla siebie piosenki. Zaczęłam pisać i komponować, nawet wróciłam do piosenek napisanych jeszcze w szkole. To był początek..

- A twoje spotkanie z Bongą? Nagraliście w duecie piosenkę Mulemba Zangola?

Lura: Cóż, oboje mieszkamy w Lizbonie. Bonga jest bardzo znany, a ja słyszałam o nim jeszcze kiedy byłam mała. Pewnego dnia dostałam od niego zaproszenie. To chyba jego sekretarka zadzwoniła do mnie i zaprosiła do udziału w jego koncercie. Pomyślałam uaaa, zaśpiewam z Bongą! Mieliśmy kilka wspólnych koncertów. Najpierw zaśpiewałam parokrotnie w jego chórku podczas nagrań studyjnych, a potem zaproponował mi duet. Powiedziałam mu: „Chyba zwariowałeś, ale zaśpiewam! I tak się stało! To było nieoczekiwane i bardzo przyjemne, podobnie jak wszystko, co mi się przydarzyło do tej pory! Przy takich niespodziankach szaleję z radości.

- A spotkanie z Seu Jorge w Paryżu?

Lura: Niestety zbyt krótkie. Spotkaliśmy się na Święcie Muzyki, w paryskiej Olympii. Wiedziałam, że będzie śpiewać i bardzo starałam się z nim spotkać. Nie było czasu, żeby porozmawiać, zdążyłam tylko mu pogratulować. Bardzo lubię jego muzykę i mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. Jorze ma ugruntowane miejsce we współczesnej muzyce Brazylii, kraju, który uwielbiam, a którego jeszcze nie znam. To wielki muzyk.

- Właśnie, skoro już mowa o Brazylii... Od artystów z Cabo Verde, od Cesarii Evory zaczynając aż po nowe pokolenie, Mayrę Andrade, Marianę Ramos czy nawet Dulce Matiasa, często się słyszy o wielkiej muzycznej łączności między Brazylią a Wyspami Zielonego Przylądka. Jak ty to widzisz w twoim muzycznym świecie?

Lura: W moim muzycznym świecie? Muzyka kabowerdyjska ma już sama w sobie muzykę brazylijską, więc sądzę, że i w mojej ona istnieje. Nie na pierwszym miejscu, bo przede wszystkim chcę eksponować muzyczne style Cabo Verde. Ale na przykład moja kompozycja „Sou ma cartinha” to coladera „sambote” - coladera z elementami samby, innymi słowy samba w coladerze, podobnie jak funany, które też mają w sobie wiele z samby. Ta obecność to nie przypadek, samba jest wprawdzie na drugim planie, ale jest. Na koncertach śpiewam też piosenkę „Caminho de vos sorriso”, w której te wpływy muzyki brazylijskiej są jeszcze wyraźniejsze . Akceptuję te podobieństwa i wpływy , ale ogólnie w mojej muzyce nie ma ich zbyt wiele. Zresztą nigdy o tym nie myślałam, nie zdawałam sobie z tego sprawy. Artyści przechodzą różne fazy poszukiwań, ja także. Jaką obrać drogę, jaki styl? Ja w moich poszukiwaniach przeszłam przez soul.

- I przez zouk.

Lura: Tak, na mojej pierwszej płycie. Zresztą wtedy w ogóle nie wiedziałam, co będę na niej nagrywać. Zrobiłam to, co robiła wtedy większość młodych artystów. Potem przemyślałam to i nagrałam „In love”, które było odzwierciedleniem muzycznych wpływów, jakim wówczas uległam. Zawsze lubiłam Arethę Franklin i Steeve Wondera i bardzo chciałam nagrać coś w ich stylu. Potem poważnie się nad tym zastanowiłam i zadałam sobie pytanie: Lura, czego ty naprawdę chcesz od życia? I odpowiedziałam sobie: mogę pokazać jedynie to, co wychodzi ode mnie samej, z mojego wnętrza, mojej duszy, mojej krwi, to co jest naprawdę moje. I powstało „Di Korpo ku Alma” , płyta która jest moja i która jest mną.

- Jest bliższa korzeniom Wysp Zielonego Przylądka?

Lura: Właśnie.

- A jak poznałaś Tchekę i jak doszło między wami do takiego porozumienia?

Lura: Któregoś dnia José da Silva, które jest także producentem Tcheki dał mi album kompozytora z Cabo Verde, którego nie znałam. Uaaa! To było świetne! Spodobały mi się jego teksty, melodyka. Nagrałam dwie z jego piosenek. Potem Tcheka nagrał kolejny album i te same tematy, tylko w innej wersji. I wreszcie się spotkaliśmy. Na scenie mnie łatwo przychodzi taniec, a Tcheka jest niesamowity. I ciągle pisze wspaniałe rzeczy.. Nie pamiętam dokładnie, gdzie spotkałam go po raz pierwszy. To doskonały muzyk i kompozytor, bardzo go podziwiam.

- Urodziłaś się i długo mieszkałaś w Portugalii. Mogłabyś powiedzieć nam dwa słowa o kabowerdyjskiej diasporze w Lizbonie?

Lura: Hmm, to trochę skomplikowane, sporo się namieszało. Ale są miejsca i okolice specyficzne jak „Alto Cova da Moura” w dzielnicy Buraca, które stało się małym Cabo Verde w Portugalii. Można powiedzieć, że to trochę jak brazylijskie favelas, tyle że w dobrym sensie i Kabowerdyjczycy z dziada pradziada za nic nie chcą stamtąd odejść. Przypomina im Cabo Verde. Ale takich miejsc nie ma wiele, bo byłyby one w jakimś sensie zamknięte dla społeczeństwa portugalskiego, wykluczające je, a przecież diaspora kabowerdyjska bardzo dobrze się zintegrowała, zasymilowała. Wszędzie, gdzie byłam widziałam mieszane małżeństwa kabowerdyjsko-portugalskie, holenderskie, amerykańskie. Jest wiele osób, które interesują się kulturą Cabo Verde, jak ja, Sara Tavares, czy Nancy Vieira. Ale są też i tacy, których kultura portugalska wchłonęła całkowicie , którzy nie mają już żadnych związków z Wyspami Zielonego Przylądka i w ogóle się nimi nie interesują. Czują się Portugalczykami. Jest więc różnie.

- Twoja kariera zaczęła się w Lizbonie?

Lura: Wszystko zaczęło się w Lizbonie, ale mój sukces ma swoje korzenie na Cabo Verde. Zawsze powtarzam, że moja muzyka dotarła na Cabo Verde przede mną, razem z Kabowerdyjczykami z Lizbony. I wprawdzie nagrałam moją płytę w Lizbonie, ale to na Wyspach została naprawdę doceniona. A dopiero potem tam pojechałam i zaśpiewałam. Niestety, sądzę, że mentalność Portugalczyków nie skłania ich zbytnio w kierunku word music. W Portugalii moja muzyka jest bardziej znana w środowisku afrykańskim, a najbardziej ceniona na Cabo Verde. Ale to się zmienia, ponieważ już wzięłam udział w nagraniach radiowych i dwóch czy trzech festiwalach. Wprawdzie powolutku, ale coś się ruszyło.

- Po tym tournee wracasz do Portugalii?

Lura: Nie, jadę do Paryża, żeby popracować nad nowym albumem.

- Dziękujemy i życzymy powodzenia.

Wywiad przeprowadzony podczas festiwalu Musiques Metisses w Angoulęme we Francji w 2006 r.

Nadchodzące koncerty

Brak koncertów

Przeszłe koncerty

  • 03.09.2010, Sosnowiec,lura
  • 20.09.2009, Wrocław,Lura
  • 05.07.2009, Zagrzeb (Chorwacja),Lura
  • 03.07.2009, Dubrownik (Chorwacja),Lura
  • 19.06.2009, Białystok,Lura
  • 25.01.2009, Gdańsk,Lura
  • 27.09.2008, Kielce,Lura
  • 29.04.2008, Warszawa, Sala Kongresowa PKiN,Lura
  • 28.04.2008, Poznań,Lura
  • 17.09.2007, Wrocław,Lura
  • 16.09.2007, Zamek w Szczecinie, Szczecin Music Fest 2007,Lura

Zamów newsletter

Zapisz się i bądź na bieżąco.

kup BILET

Tu znajdziesz pełną listę punktów sprzedaży biletów na nasze koncerty. Więcej

darmowe WEJŚCIÓWKI

Cyklicznie losujemy darmowe bilety na nasze koncerty. Więcej

Dołącz do nas